Oślizgłe robactwo o zapachu studni, pełne wąsów, czułek, macek, chrzęszczące i poruszające niezliczonymi odnóżami. Tylko ze względów naukowych mówimy o tym 'mięso', a przecież nie mówimy tak o pająkach, gąsienicach czy stonogach, które również moglibyśmy zjadać w oleju z oliwek i winem. Owoce lasu,czyż nie?
Osobiście uważam, że morskie glisty były jedzone z braku jakiegokolwiek wyboru. Basen Morza Śródziemnego to nie Polska, gdzie wystarczyło rzucić kamieniem, by zabić tura, a tłuste bażanty można było strząsać z drzew jak kasztany. Przez wieki homary czy ośmiornice były jedzeniem ubogich; podawano je np. więźniom; to jedzenie najtańsze z możliwych —białko biedaków.
Później nazwano je 'owocami morza' — i nazwa powołała do życia nowy typ jedzenia. To już nie wstydliwa alternatywa dla pieczeni z dzika czy combru jeleniego. To bardziej ekskluzywna odmiana jabłka, ziemniaka czy śliwki! Jeśli spojrzymy na morskie stworzenia jak na rośliny, rzeczywiście są niezwykłe. Jako owoce nie mają już odnóży, a jedynie łodyżki. Skorupy są płatkami, a oczy nasionami tak powołanej do istnienia zieleniny. Wyjątkowe? Tak. Cudowne? Tak. Cudowne i drogie. Nawet smakują lepiej niż np. surowy por czy seler. Cóż za kulinarne odkrycie!
Gdybyśmy dalej mówili o głowonogach, skorupiakach czy innym bardziej odpowiednim naukowo określeniu morskiej drobnicy, tych skojarzeń być by nie mogło. Natchnienie pozwoliło jednak na unikalną operację – przeniesienie skojarzeń z całej grupy zwierząt do zupełnie innego świata. Gdy na długie, mokre dżdżownice zacznie mówić się 'makaron leśny' nagle może okazać się, że brakuje jeszcze tylko przypraw.
16 października 2013
Owoce morza to genialna nazwa.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz