16 października 2013

Owoce morza to genialna nazwa.

Oślizgłe robactwo o zapachu studni, pełne wąsów, czułek, macek, chrzęszczące i poruszające niezliczonymi odnóżami. Tylko ze względów naukowych mówimy o tym 'mięso', a przecież nie mówimy tak o pająkach, gąsienicach czy stonogach, które również moglibyśmy zjadać w oleju z oliwek i winem. Owoce lasu,czyż nie?

Osobiście uważam, że morskie glisty były jedzone z braku jakiegokolwiek wyboru. Basen Morza Śródziemnego to nie Polska, gdzie wystarczyło rzucić kamieniem, by zabić tura, a tłuste bażanty można było strząsać z drzew jak kasztany. Przez wieki homary czy ośmiornice były jedzeniem ubogich; podawano je np. więźniom; to jedzenie najtańsze z możliwych —białko biedaków.

Później nazwano je 'owocami morza' — i nazwa powołała do życia nowy typ jedzenia. To już nie wstydliwa alternatywa dla pieczeni z dzika czy combru jeleniego. To bardziej ekskluzywna odmiana jabłka, ziemniaka czy śliwki! Jeśli spojrzymy na morskie stworzenia jak na rośliny, rzeczywiście są niezwykłe. Jako owoce nie mają już odnóży, a jedynie łodyżki. Skorupy są płatkami, a oczy nasionami tak powołanej do istnienia zieleniny. Wyjątkowe? Tak. Cudowne? Tak. Cudowne i drogie. Nawet smakują lepiej niż np. surowy por czy seler. Cóż za kulinarne odkrycie!

Gdybyśmy dalej mówili o głowonogach, skorupiakach czy innym bardziej odpowiednim naukowo określeniu morskiej drobnicy, tych skojarzeń być by nie mogło. Natchnienie pozwoliło jednak na unikalną operację – przeniesienie skojarzeń z całej grupy zwierząt do zupełnie innego świata. Gdy na długie, mokre dżdżownice zacznie mówić się 'makaron leśny' nagle może okazać się, że brakuje jeszcze tylko przypraw.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz